Mięso w diecie – czyli jak przeszłam na HANDLOWY WEGETARIANIZM

Nie możesz ich jeść, bo to włochate zwierzątka. Mają oczki i serduszka.
Musisz je jeść, bo to białko, witamina B i żelazo.

Daj spokój, wszyscy jedzą mięso. Próbujesz zwrócić na siebie uwagę i robić szum. 
Jesteś taka chudziutka, na pewno dlatego, że nie jesz mięska. Wyślemy Cię do szpitala.

To mięso w diecie powoduje, że tyjemy. Naszpikowane chemią, solanką i hormonami. Dziobiące paszę, podlewaną Randupem i kwaśnymi deszczami.

I dlatego, że sama się zagubiłam w tym mięsnym temacie, postanowiłam wybrać drogę optymalną. Dietę handlowego wegetarianizmu.

Zasady mojej diety są dwie, i są bardzo proste do zapamiętania:

  • Gdy jestem u kogoś na obiedzie, a na moim talerzu stoi zabite, usmażone/ugotowane/upieczone mięsko, jem je.

  • Gdy robię zakupy lub idę do restauracji, bądź planuję menu na kolejny tydzień – nie jem mięsa.

    Zabijanie zwierzątek jest mocno nadużywane. Serio. Nie potrzebujemy – jako społeczeństwo – aż tak dużej podaży mięsa, nawet z tymi wszystkimi urojonymi niedoborami i brakami w diecie.  Natomiast – mięso w diecie jest w niektórych przypadkach jedynym sposobem, by naturalnie dostarczyć sobie odpowiedniej ilości żelaza, witamin z grupy B i innych pierwiastków (szczególnie gdy mówimy o chorobach typu niedoczynność tarczycy, która zaburza gospodarkę mineralną).

    Handlowy wegetarianizm? Skoro zwierzak i tak już padnięty i przesmażony leży na moim talerzu, to raczej odmawiając zjedzenia go nie wrócę mu tym życia. Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku mięsa, zalegającego w supermarkecie – nie kupując go, zaniżam podaż, a więc w przyszłości markety zamówią mniej mięsa, więc mniej zwierzątek zostanie wyhodowanych by ponieść bezsensowną śmierć.

    Mięso w diecie generalnie wydaje się być w porządku – szczególnie gdy mamy dostęp do mięsa naturalnego, wolnego od nastrzyków i dziwnych zabiegów masarskich, polegających na sztucznym powiększaniu objętości mięsa. Gdy dostosujemy jego ilość do naszych osobistych preferencji, potrzeb organizmu – mięso w diecie jest dobrym sposobem na zapewnienie sobie dobrej ilości białka i pierwiastków. Z mięsem sklepowym – naszpikowanym wypełniaczami, solankami i umytym ludwikiem, w celu odświeżenia – radzę uważać.


    Mięso w diecie – ale co z wędlinami?

    Mówimy o wędlinach „ze sklepu” – powiem wprost – wędliny sklepowe to droga do wygrania biletu na onkologię.

    Dlaczego należy całkowicie odstawić wędliny w swojej diecie (kiełbaski, kabanoski, pasztety, szyneczki – pochodzące ze sklepu)?

    • Wędliny te zazwyczaj konserwowane są popularną saletrą – azotanem, z którego w zależności od upodobań możemy skonstruować DIY bombę, lub zjeść (w szyneczce). Ktoś Ci powie – hej, saletrę używała nawet moja babcia, dzięki niemu mięsko miało piękny, czerwony kolor, i zapobiegało pojawieniu się jadu kiełbasianego! Jasne, że tak. 100 lat temu środowisko nie było nawet w 1/50 tak zanieczyszczone jak dziś, a liczba czynników rakotwórczych była niewielka – saletra była tylko jednym z kilku niezdrowych dodatków, z którymi organizmy ludzkie były sobie w stanie poradzić. Dziś znamy o wiele więcej konserwantów, którymi można zastąpić niezdrową saletrę.
      Co robi saletra i jak jeszcze jest ukrywana? Azotyn sodu, azotan potasu, E250, E252 – tak inaczej można zamaskować saletrę (choć dziś producenci bardziej boją się przedrostków E,  gdyż nawet witamina C – E300 jest z automatu posądzany o szkodliwość). Saletra w procesie obróbki termicznej zamienia się w nitrozaminy – związki chemiczne, z którymi obecnie łączy się rozwój raka żołądka. Pyszności.
    • Wędliny to często drugie wcielenie mięsa, którego nie udało się sprzedać jako surowe mięso. Wyroby garmażeryjne? To murowane trzecie wcielenie mięsa w sklepie – umyte płynem do mycia naczyń, zasypane dużą ilością pieprzu i soli. Gdy przeczytasz skład wędlin, zazwyczaj okazuje się, jak wiele soli i jego sióstr – np. glutaminianu monosodowego, musiało być użyte, by zamaskować obrzydliwy aromat starego mięsa. Włos się jeży na głowie, ale taka jest prawda. Niektórzy producenci naprawdę mają gdzieś Twoje zdrowie.
    • Syrop glukozowo-fruktozowy. CO??? Dlaczego ktoś chciałby słodzić szynkę? Ano dlatego, że jest stara i cuchnie. Dlatego, że żeby ją sprzedać, trzeba dobrze ją wypłukać, lecz wtedy naturalny smak mięsa gubi się zupełnie. Następnie takie stare mięso trzeba nasmaczyć od nowa – czyli nadać mu smak, najlepiej słodko-ostro-słony, gdyż taki smak nasz mózg odczytuje jako maksymalnie odżywczy, a my chcemy go jeść więcej i więcej. Głupi mózg.
      O zaletach spożycia syropu glukozowo-fruktozowego piszę tutaj.

Wędliny – jako dodatek na szynkę, możesz łatwo przygotować sobie sama – kupując kawał schabu / indyka, przyprawiając świeżymi ziołami i ładując do piekarnika na dobrą godzinę.

Nie chce Ci się? Mi też nie. Dlatego jem kanapki z serem i pomidorem, proste.
Zdrówka dziewczynki 🙂


ixon,xoxo


Wszystkie eksperymenty opisane na blogu zostały przetestowane na zwierzętach; Hashipoczwary biorące w nim udział znacznie ucierpiały. Autorka nie bierze odpowiedzialności za efekty uboczne stosowania zaleceń, w szczególności na stan Waszych Haszipoczwarek.

facebook haszimototwitter haszimoto hashimotopinterest hashimoto haszimoto

INNE SOCZYSTE ARTYKUŁY

comfort food hashimoto BED

ćwiczenia trening sport aktywność hashimoto tarczycy

ćwiczenia trening sport aktywność hashimoto tarczycy

post dieta hashimoto

dieta bezglutenowa hashimoto sekrety

dieta bezglutenowa hashimoto sekrety

depresja w hashimoto

brak sily i motywacji

brak sily i motywacji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *